- Wiesz przecież, że cię kocha. Nie może się bez ciebie obejść, nawet o tym pisze! - odparła hrabina, podkreślając jedno zdanie paznokciem.

- Och! Pisać, pisze. Ale potrafi się beze mnie obejść. Czyżbyś tak go mało znała, by wierzyć, że przez te trzy lata ja sama mogłabym sprostać jego wybujałej zmysłowości? Wiele kobiet cieszyło się i nadal będzie się cieszyć jego względami. Wiem, że mnie kocha, że ciągle mnie pożąda, nawet bardziej teraz niż kiedykolwiek, jak mi się zdaje. Ale są inne. Zresztą mówi się, że infantka jest bardzo piękna i pomoże mu o mnie zapomnieć.

Ermengarda ujęła dłonie dziewczyny w swoje ręce.

- Moja droga, jak wyobrażasz sobie dalsze życie? Co zamierzasz?

Czego pragniesz? Nie chce mi się wierzyć, że taka młoda i piękna kobieta jak ty mogłaby się skazać na życie z taką starą kobietą jak ja. Rozumiem, że odrzucasz rolę kochanki żyjącej w cieniu księżnej. Lecz dlaczego nie chcesz zacząć od nowa? Wielu jest takich, którzy chętnie zaprowadziliby cię do ołtarza!

- To prawda - rzuciła Katarzyna od niechcenia - lecz ja nie mam na to najmniejszej ochoty.

- Jaką zatem dasz księciu odpowiedź?

- Żadną, z tej prostej przyczyny, że nie wiem, co mu mam odpowiedzieć... Gdyby mój stary przyjaciel, Abu-al-Khayr, był tu z nami, z pewnością znalazłby jakąś myśl poety czy filozofa, oddającą stan mego umysłu. Zna ich całe mnóstwo, odpowiednich na każdą okoliczność Ale Abu jest teraz daleko...

W rzeczy samej, mały medyk udał się do królestwa Granady zaraz po śmierci Garina pomimo zaproszenia Ermengardy. Jego władca, sułtan Mohamed VIII, zmagający się z nieustającymi walkami wewnętrznymi, wezwał swego głównego doradcę i przyjaciela do powrotu. Abu z żalem opuszczał Katarzynę, gdyż szczerze ją polubił.

„Jeśli pewnego dnia poczujesz, że nie wiesz, co czynić ani gdzie się udać, przyjedź do mnie. W moim małym domu nad brzegiem Genilu drzewa cytrynowe i migdałowce rosną same, a krzewy róż kwitną przez cały rok.

Będziesz moją siostrą, a ja nauczę cię mądrości islamu".

Kiedy jej los znalazł się w ślepym zaułku, Katarzyna przypomniała sobie jego przyjazne słowa i ta myśl wywołała uśmiech na jej twarzy.

- Może to jest właśnie rozwiązanie: udać się do Abu, poznać inne życie...

- Ależ ty jesteś szalona, moje dziecko! - oburzyła się Ermengarda. Zanim byś dotarła do Granady, musiałabyś przebyć szmat drogi, zgwałcono by cię ze dwadzieścia razy i tyleż razy zabito!

- Wystarczyłoby raz... - odpowiedziała Katarzyna w zamyśleniu. - Lecz masz rację, zostanę tutaj i zaczekam, może los się do mnie uśmiechnie...

* * *

Boże Narodzenie było dla obu kobiet bardzo smutne. Rozdały podarunki wieśniakom i mieszkańcom dóbr, przyjęły ich życzenia. Spędziły długie godziny w kaplicy, pomiędzy szopką, którą za przykładem świętego Franciszka z Asyżu Ermengarda ustawiała rokrocznie, a grobowcem małego Filipa.

Śnieg pokrył całą okolicę. Dzień po dniu, wstając i spoglądając przez okno, Katarzyna popadała w coraz większe przygnębienie. Wydawało się, że słońce nigdy już nie zaświeci. Wszystko było zimne, czarne i serce Katarzyny skostniało.

A jednak pod śniegiem ziemia zaczynała już przygotowania do nadejścia wiosny...

Pewnego marcowego dnia do zwodzonego mostu zbliżał się mnich siedzący okrakiem na mulicy. Tego dnia spośród brunatnych i wilgotnych grud ziemi wyjrzały pierwsze delikatne źdźbła trawy, a na gołych gałęziach drzew pojawiały się pierwsze zawiązki liści.

Łucznika straży, który wyszedł przybyszowi na spotkanie, zapytał, czy pani de Brazey przebywa w zamku, a uzyskawszy pozytywną odpowiedź, poprosił, aby go do niej zaprowadzono.

- Pani de Brazey zna mnie... Zapowiedz brata Stefana Charlota.

Katarzyna kazała natychmiast przyprowadzić mnicha do swojej komnaty. Była sama, gdyż Ermengarda udała się do stajni, w której miała oźrebić się klacz. Cieszyła się na tę wizytę, która przypomniała jej stare lata.

Nie widziała mnicha od czasu banicji, na którą został skazany w tym samym czasie co Odetta de Champdivers. Dawna faworyta Karola VI - Katarzyna dowiedziała się o tym wkrótce po narodzinach Filipa - zmarła zaraz po przybyciu do Delfinatu. Jej delikatny organizm nie wytrzymał warunków i złego traktowania w więzieniu. Matka Odetty, Maria de Champdivers, również wkrótce spoczęła w grobie, pokonana przez rozpacz po stracie córki... Katarzyna ciężko odczuła te dwie śmierci i w jej myślach brat Stefan także nie należał już do tego świata. Kiedy jednak przekroczył próg komnaty, stwierdziła, że wcale się nie zmienił. Krąg włosów otaczających jego głowę był prawie siwy, lecz twarz pozostała pucołowata, a oczy żywe jak dawniej.

- Drogi bracie! - krzyknęła młoda kobieta, wyciągając do niego ręce. Myślałam, że już nie ma cię wśród żywych!

- Ledwom się wykaraskał z choroby, której nabawiłem się w lochu.

Ale dzięki Bogu, staraniom braci i świeżemu powietrzu w Morvan przyszedłem do zdrowia!

Katarzyna posadziła mnicha na drewnianej ławie z baldachimem, a służącej stojącej obok kominka kazała przynieść napitek i strawę, a także przygotować pokój dla wędrowca.

- Nie kłopocz się, pani, z mego powodu - oponował zmieszany serdecznym przyjęciem. - Gdy się dowiesz, co mnie sprowadza w twe progi, stracisz być może ochotę, abym się u ciebie zatrzymał... Przybywam prosić cię...

- Nie wiem, co mogłabym dla ciebie uczynić, lecz wiedz, że jesteś tu miłym gościem. Najpierw posil się, a potem powiesz, co cię sprowadza.

Pochłaniając zimną pieczeń z dzika i popijając winem z Beaune, brat Stefan przedstawił cel swojej wizyty. Od 12 października zeszłego roku Anglicy oblegają Orlean. Przybył, aby opisać tragiczną sytuację mieszkańców miasta. Chociaż siły angielskie i burgundzkie nie zablokowały całkiem Orleanu, gdyż można było jeszcze do niego wjechać od północnego wschodu, to jednak sytuacja stała się tak krytyczna, że wysłali de Xaintrailles'a do księcia Burgundii, aby zaanektował miasto, lecz jego oddziały nadal gród oblegają...

- Książę zapomina, że jest francuskim księciem - rzekł mnich surowym głosem. - Mówi się, że chce założyć zakon rycerski... a przecież powinien zdawać sobie sprawę, że oblężenie Orleanu jest sprzeczne z podstawowymi prawami rycerstwa. Nie oblega się miasta, którego księcia trzyma się w więzieniu, bez pogwałcenia prawa feudalnego* i Filip wie o tym zbyt dobrze, gdyż miasto płaciło okup, żeby nie być zaatakowane.

- To prawda - rzekła Katarzyna, która sama często wytykała Filipowi jego angielskie ciągoty.

Od czasu oblężenia Orleanu rósł także gniew Ermengardy. Dla niej Filip Burgundzki nie był godny nosić złotych ostróg rycerza.

- Ale co ja mogłabym uczynić? - spytała młoda kobieta.

Na twarzy mnicha malowało się gorące błaganie. Nachyliwszy się nad Katarzyną, chwycił jej dłonie tak, że omal ich nie zmiażdżył.

* Książę Karol Orleański, wrażliwy poeta, był uwięziony w Londynie od bitwy pod Azincourt, tzn. od trzynastu lat. - Pani... nie ma takiego w tym królestwie, który by nie wiedział o wielkiej miłości księcia do ciebie. Musisz udać się do niego i błagać, aby wycofał oddziały z Orleanu. Nie wiesz nawet, ile znaczy to miasto dla króla Karola. Jeżeli Orlean upadnie, to przypieczętuje koniec króla i Francji.

Anglik panujący w Paryżu zagarnie ją na zawsze. Nie pozostanie nic z tego, co stanowiło rację bytu zaprzysięgłych zwolenników króla, nic nie zostanie z wysiłków Jolanty Aragońskiej, tyle niepotrzebnie wylanej krwi! - Mnich nabrał oddechu i dodał cichym głosem: - Tylu rycerzy oddało ciało i duszę w obronie tego szlachetnego miasta. Przedmieścia są zrównane z ziemią, lecz Orlean walczy z rozpaczliwą desperacją, gotowy umrzeć, jeśli nie dopomoże mu jakiś cud! Pani, bądź tym cudem! Zewsząd dochodzą prorocze głosy, że Orlean uratuje kobieta... Pomyśl tylko! Od pięciu miesięcy, zamknięty w mieście z garstką rycerzy, bije się kapitan de Montsalvy!

Imię Arnolda, rzucone celowo, uderzyło nieprzygotowaną Katarzynę jak policzek. Straciła oddech, poczerwieniała aż po czubek głowy, krew odpłynęła jej z żył, po czym zbladła i zadrżała.

- Bracie Stefanie - powiedziała głuchym głosem - nie jest to godne ani ciebie, ani habitu, który nosisz, aby budzić niespełniony sen w sercu, które pragnie już tylko zapomnieć. Jestem wdową, straciłam syna i jeśli kiedyś prosiłam cię, abyś udzielił pomocy uwięzionemu kapitanowi de Montsalvy'emu, to teraz nic dla niego uczynić nie mogę! Jeśli nie pomagają mu modlitwy żony, to co ja, obca kobieta, mogę?

- Jego żony? - spytał mnich szczerze zdziwiony. - Co za żona?

Czy mnich zwariował? Katarzyna patrzyła mu badawczo w oczy, zgadując, czy stracił pamięć, czy drwił z niej.

- Ostatnio mówiono mi o nim - zaczęła powoli, lecz słowa przychodziły jej z trudem - kilka lat temu. Wtedy przygotowywał się do ślubu, mając wziąć za żonę pannę Izabelę de Severac, córkę marszałka...

- Izabela de Severac umarła, pani!... dwa miesiące przed ślubem. A pan Arnold, który zresztą, jak się powiada, niechętnie miał zrezygnować ze swej wolności, po jej śmierci nie znalazł sobie innej.

- Co takiego?...

Dłonie Katarzyny zaciśnięte na siedzeniu krzesła zaczęły drżeć.

Uczucia wypełniające jej serce spowodowały gwałtowną chęć do płaczu, a oczy zasnuła mgła. Nie wiedziała, co się z nią dzieje. Przez tak długi czas zabraniała sobie myśleć o nim, odpędzając jego drogi obraz jak niedościgłe marzenie! A tu nagle dowiaduje się w sposób najmniej oczekiwany, że jest wolny... wolny jak ona! Można było stracić głowę!

- Drogi bracie - powiedziała z bolesną wymówką w głosie - dlaczego nie przyszedłeś do mnie wcześniej? Dlaczego nic mi nie powiedziałeś?